poniedziałek, 14 grudnia 2015

O znikaniu


Chciałabym napisać o znikaniu. Nie bardzo mi się udaje. Może dlatego, że przychodzą do głowy słowa lekkie i przezroczyste, takie, że prawie ich nie ma.
A ja bym chciała o znikaniu ciężkim, kolorowym, szorstkim, napiętym jak moje ramiona.

sobota, 5 grudnia 2015

Po drugiej stronie skóry

- Te zdjęcia profilowe to sobie takie wstawiasz, jak te najmłodsze, najgłupsze nastolatki - mówi Matylda.
- Bawię się wizerunkiem - odpowiadam, zgodnie z prawdą, która nie wyczerpuje wszak rzeczywistości.
Robię różne rzeczy.
Nie mogę ciągle być swoją dobrą stroną, nie mogę ciągle mieć na wierzchu tej połyskliwej, licowej, dobrze wyprawionej skóry. Odwracam się na nice, na szorstkość, na przyrośnięte grudki tłuszczu i ścięgien, o krok od wieczności  wnętrzności. Wyciągam szyję, zadzieram brodę, trzeszczą kręgi, a wtedy głos wychodzi ze mnie i przekraczam swoją psią naturę, psie serce, psi język i łapę, która drapie cię po łydce, łepek, co podbija rękę pana, pogłaszcz, nie bij, nie goń.
Teraz tylko wyję, całą noc, a moja ślina przepala podłogę.

sobota, 21 listopada 2015

Dach

Wchodzę na dach, wysoko, wysoko.
Miasto śpi, a ci, co nie śpią, i tak nie usłyszą.
Łapy mam przecież miękkie i stąpam cicho.
Oddycham.
Drżę.

niedziela, 15 listopada 2015

W smoczej jamie

Światy przepływają przeze mnie. Łapię je, zarzucam sieć - oddechów, dłoni. Staram się być nieruchoma i patrzeć, jak najdłużej.
Powiedz mi jak najwięcej, powiedz mi o sobie: Magdo, Ewo, Jarku. Będę słuchać przez całą najbliższą chwilę. Rozciągnę ją, jak tylko się da.
Bo potem znowu się zgubię
w smoczej jamie, w cholernych łuskach i z ogniem w gardle.
Mają rację ludzie z zamku, siarka w skórze z baranka
nic nie da, trzeba
pokazać mi lustro.

wtorek, 10 listopada 2015

Co mogę bardziej

Gdy wracam do domu, oddech zaczyna swój własny taniec, w niespokojnym, urywanym rytmie. Chyba próbuję obłaskawić nim świat pełen nieznanych oddechów. Znaleźć uniwersalną melodię.
Powietrze w domu opowiada przeważnie to samo. Ma swoje echo, które znam na pamięć: Nie jesteś wystarczająco dobra, nie starasz się. A ja nie wiem już, co mogę bardziej.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Tymczasem

Czasem chciałabym otworzyć drzwi silnym uderzeniem jednej z kończyn dolnych,
a chwilę przedtem artykułować głośno niecenzuralne słowa.
Mogłabym również zdezintegrować parę kruchych przedmiotów.
Na razie jednak poddam tę wizję głębszej analizie,
z głową na poduszce, gdy tymczasem na kaloryferze
schną skarpety i majtki.

niedziela, 8 listopada 2015

Dobrze - mówię

Obserwuję niepokój
w dyskretnych sygnałach ciała.
Na przykład oddech - chce, bym go widziała,
wyszeptuje więc własną historię
alternatywnym rytmem.
Dobrze - mówię, pokaż mi
tę opowieść.

piątek, 6 listopada 2015

Nierównowaga


Jakoś tak jest, że nie wiem. Płynę kilkoma nurtami, niesymetrycznie, nierównolegle.
Zorganizowana. Oswojona sobie ja. Łagodna. Zrobię ważne rzeczy, rzeczowo i rzeczywiście. I to się uda, zapewne. Ten nurt jest szeroki, zagarnia oraz daje. Oddaje. Szczodrze.
Reszta bywa migotaniem.
Nierównowagą.
Czasem zaczynam się bać, czy wyzbieram się, czy znajdę porozrzucane kawałki, okruchy, urywki, słowa, pojedyncze dźwięki. Echa.
Kiedy mówię: weź, a potem osuwam się, niepodjęta - czy to ja, czy echo?

niedziela, 1 listopada 2015

Duch

Pojawił się dość niespodziewanie, choć przecież mogłam się spodziewać. Błędem było zapomnieć.
Ale chciałam zapomnieć.
Aż nagle poczułam na plecach oddech, a na szyi dotyk palców.
Zimny oddech i zimne dłonie.
To był duch.
Duch Nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia.
Chciałam się zerwać do ucieczki, ale wiedziałam,
że daleko nie dobiegnę.
Właściwie nie ma dobrego wyjścia.

niedziela, 18 października 2015

dotknęłam

Wczoraj wieczorem
dotknęłam ciemnej ścieżki,
która nie wiem, gdzie była, myślałam,
że gdzieś daleko ode mnie, ale wiem już;
ona cała
mieści się

piątek, 2 października 2015

Akceptacja

Jechałam dziś autobusem i myślałam. I aż ugięły mi się myśli, tak to poczułam. Choć przecież wiedziałam.
Akceptacja jest dla mnie jak powietrze.
Czasem wystarczy cień niepewności, ledwie dosłyszany cień w czyichś słowach, by zasiać niepokój.
Mówię sobie, że jest dobrze, ale w środku walczę jak o życie.

Pomyślałam sobie że może to tak jest. Jakaś pozostałość z czasów, gdy akceptacja drugiego człowieka decydowała o życiu. Na przykład z życia płodowego albo wczesnego dzieciństwa. Może jakoś czułam, że  nie byłam planowana i że sytuacja emocjonalna rodziców nie była łatwa?

Poza tym myślę, że to może jakoś ograniczać wolność ludzi, którzy wchodzą ze mną w relacje. Jeśli poczują, że rozbijają mnie ich negatywne emocje do mnie, to mogą nie chcieć takiego obciążenia. A przecież możemy czuć różne rzeczy i to może się zmieniać.

Staram się to przekroczyć. Ale może garstkę tego zawsze jednak zabieram w dalszą drogę.

piątek, 28 sierpnia 2015

wtorek, 18 sierpnia 2015

Może

Proszę, nie reaguj natychmiast, zatrzymaj się, może skoczysz na banji, tylko pamiętaj o linie.
Aniu.

środa, 12 sierpnia 2015

Tak bym chciała być swoim sprzymierzeńcem

Siedzę po obu stronach planszy, stoję po obu stronach boiska, w dwóch narożnikach ringu. Gram sama ze sobą, sama ze sobą się biję, a zwykle trafiam celnie - dobrze bowiem znam przeciwnika Wiem, gdzie uderzać.
Powstrzymuję się tylko przed nokautem, bo jak by to było....
Wstawaj! - mówię.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Myśl nieuzbrojona

Rzadko, naprawdę rzadko pojawia się myśl nieuzbrojona.
Ma postać początku zdania, na przykład: "Tak naprawdę to przez cały czas...", ale już końcówka rozmywa się, choć jeszcze można ją złapać jak echo, coraz cichszą.
Całość nie da się powtórzyć, bo zaraz przybiera się w dekoracje, dygresje, płatki róż, gałązki asparagusa, listki lauru i błyszczącą folię.
Dajesz radę.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Szarpiąc

- Daj mi ją - powiedziała kuzynka A. - Będzie pasować na miśka.
Sukieneczka była czerwona w czarne kwiatki, z mięciutkiego aksamitu. Wyrosłam z niej, mając jakieś trzy lata, ale rodzice zachowali ją, bo była prezentem. Zakładałam ją lalce, Choć była na nią trochę za duża. Lubiłam jej dotykać i patrzeć na mocne, kontrastowe kolory. Przytulałam się policzkiem.
- Bo nie będę się z tobą bawić.
Zależało mi. Miałam osiem lub dziewięć lat i zależało mi.

Parę godzin później zobaczyłam z daleka czerwoną plamę.
- To moje! - krzyknęłam.
- A. mi dała! Powiedziała, że tego nie chce, mogę sobie zabrać! Że i tak by to wyrzuciła!

Rzuciłam się wtedy przed siebie, bez zmysłów, szarpiąc, z zaciśniętymi zębami.

czwartek, 30 lipca 2015

Mówię: tak

Kawałeczki słońca siadają na włosach, przylepiają się do spoconych dłoni. Otwieram ramiona i mówię: tak, będę to niosła. Czasem jest gorąco i wtedy boli skóra. Zamykanie oczu niewiele daje, powieki rozświetlają się od spodu. Ciało świeci od środka, tańczą drobiny powietrza.

wtorek, 28 lipca 2015

Piętno

Nigdy nie nauczyłam się grać w piłkę. Siatkówka, koszykówka - w liceum nigdy nie udało mi się zaliczyć nawet "odbijania" - ani zwyczajnie, ani nadgarstkami splecionych dłoni. W podstawówce bałam się grać w "dwa ognie" - inne dziewczyny były szybsze i zręczniej manewrowały piłką. Zawsze obrywałam, zawsze mocno. Kiedyś, pamiętam, rozpędzona czyjąś zwinną ręką twarda gumowa piłka uderzyła mnie w twarz. Na policzku i skroni przez kilka dni miałam czerwoną siateczkę wybroczyn, zgodną z wzorkiem żłobionym na gumie.

niedziela, 26 lipca 2015

niedziela, 19 lipca 2015

Druga strona głosu

Chcę mocniej.
Dlatego dokręcam struny, naciągam struny, dlatego
przeciągam strunę.
Dlatego łapię równowagę rozkładając ramiona.
Dlatego śpię na strunach i nocą
budzi mnie skrzydło motyla.

sobota, 11 lipca 2015

Podobrazie

Jestem utkana ciasnym splotem: prawa ręka z lewą, kolana razem, głowa w ramionach.
Oddycham cicho i płytko.
Można mnie znaleźć pomalowaną na biało.

piątek, 10 lipca 2015

Siedmioletnia królewna

Dziewczynka ma siedem lat. Siedmioletnia królewna. Stoi w grupie dzieci.
Właśnie doszło do kłótni - przechodzący obok chłopiec rzucił w stronę dziewcząt brzydkie pogardliwe słowa.
- Nie wie, z kim ma do czynienia! - krzyczy królewna. Dumnie zadziera brodę, zaciska usta. Chyba jest jeszcze w środku bajki.
- Phi!!! - parsknęła inna, starsza dziewczynka. - A kim ty niby jesteś, że tak mówisz?!!! Kim ty jesteś, gówniaro???!!!
Siedmioletnia dziewczynka sztywnieje. Zalewają ją na przemian fale zimne i gorące. Gorąca zatrzymuje się w jej twarzy i już nie chce odpłynąć. Serce bije jak młot. Dziewczynka zrywa się i zaczyna biec, z całej siły, przed siebie, byle dalej. Wpada do lasu. Coraz szybciej - jakby chciała, żeby serce pękło. Nogi tracą siłę, ale mają biec jeszcze prędzej. W dole drobny strumyk, można przejść kładką, ale dziewczynka zbacza w lewo, by przeskoczyć. Stopy osuwają się na zboczu wąwozu, kolana zjeżdżają w dół, twarz przylega do zimnego błota. Drobne kamyki, mokre szorstkie liście. Dziewczynka wciska policzki w tę maź, zatapia palce w darni. Jestem nikim, tak myślałam. W końcu wiem. Najlepiej umrę. A jak się znowu urodzę, nikt mnie nie pozna.

wtorek, 7 lipca 2015

Czas, pod palcami

Przytrzymać. Pod palcami.
Gdy wkładam dłoń do wody, czuję. Małe, rozdęte parasole wodnych roślin.
Próbuję głaskać czas, mieć pod palcami jego skórę. Słucham jego oddechu. Wącham, smakuję.
A kiedy śpię, nasyca mnie - czas.
Boję się.

czwartek, 25 czerwca 2015

Bańki

Umocnij mnie, proszę,
zawołaj mnie głosem z żywego świata.

Śniło mi się ciemne miasto, puste mieszkanie,
śniło mi się łóżko, w którym ktoś umarł, w pościeli ślady ciała, wgniecenia, zapach wygasłego piekła.
Wiedziałam, że sama muszę to zebrać, wziąć w ramiona. Zanieść do pralki, rozgrzać mydliny, nasycić powietrze bańkami nieba.

wtorek, 9 czerwca 2015

Włóczęga

Po krótkiej fazie, kiedy chciałam zostać sprzątaczką, na pytanie, kim będę, gdy dorosnę, odpowiadałam, że włóczęgą. Byłam w tym twarda i nawet jeśli już zdawałam sobie sprawę, że ta opcja nie ucieszy moich bliskich, hołubiłam ją w nieoficjalnym obiegu myśli.
Potem odkryłam serię o Muminkach i jak można się spodziewać wpadłam po uszy, a to dzięki postaci Włóczykija, który został moim idolem. Dość naiwnie - lecz uparcie - widziałam go jako wcielenie wolności i wewnętrznej siły, by dopiero po długim czasie odkryć, że oprócz tego posiada on całkiem spory bagaż słabości i lęku. Zwłaszcza przed stabilizacją, przed stałym związkiem z innym człowiekiem, przed oceną i opinią innych na jego temat. Że to właśnie organizuje jego życie.

Nie zbliżać się zanadto, pozostawać w korytarzu, spijać światło spod drzwi wiodących do pokoi, ale nigdy żadnych nie otworzyć.
Zrywać związki, które za mocno zbliżają się do tematu małżeństwa, innym nie dać się rozwinąć.
Dać się porwać erotycznej chemii wprost pod drzwi USC [Czy zechcesz nosić moje nazwisko? A jak się nazywasz?].
Na fali hormonalnego wzmożenia urodzić dwoje dzieci.
Pozostać włóczęgą.

Może tak właśnie jest?

piątek, 5 czerwca 2015

Studnia

Jako dzieci często biegaliśmy wokół szkoły, ganialiśmy, skradaliśmy się. Dużo było miejsc do zabawy: kilka furtek, schody poręcze, płoty, siatki, kamienie. Jesienią zbieraliśmy liście i robiliśmy z nich wielkie pryzmy, a potem skakaliśmy w nie z wysoka, na przykład z gałęzi, rozkładając ręce. To było najlepsze, zapomnieć o asekuracji, o kontroli, przez chwilę tylko lecieć i upaść miękko jak na gruby materac. Część liści wzbijała się wtedy w górę, ponad głową – wpadało się głęboko i było się od razu jakby trochę zasypanym, a potem jeszcze spadały te liście, które się wzbiły, i tylko patrzyło się przez zmrużone oczy, jak lecą powoli, jakby czas zwolnił. I tak zawsze trochę kurzu i drobnych kawałków dostawało się do nosa i w oczy i zaczynało się machać rękami i nogami, smarkając i plując, by wygrzebać się niezgrabnie ze sterty. Potem tylko tarło się oczy i płynęły łzy, bez płaczu, z kurzu tylko, z zaprószenia.
 Obok schodów po drugiej stronie szkoły, od ogrodu, była studnia z betonowa pokrywą, bez wody; można było po niej skakać albo wskakiwać na nią z szerokiej poręczy. Trzeba było tylko uważać, żeby nie trafić w metalowe kółka, jedno po każdej stronie, bo noga mogła się wygiąć albo przekrzywić i potem – au, au, - skakało się na jednej, aby usiąść i rozmasować kostkę. Ciężkie kółka służyły do tego, by za nie łapać i ciągnąć przy otwieraniu pokrywy studni, ale nic takiego się nie stało, aż do pewnego dnia.
 Tego dnia coś się przy cembrowinie działo.
Zwabieni głosami dorosłych, przybiegliśmy i stanęliśmy wiankiem za ich plecami, przepychając się trochę, kucając, by coś zobaczyć. Chłopiec obok mnie złapał rękami spodnie mężczyzny, który mu zasłaniał, rozsunął szary materiał i zaglądał do studni spomiędzy jego kolan.
Poczułam wtedy ten dziwny zapach – pierwszy i jedyny raz w życiu.
- To jest tłuszcz – szepnął ktoś. – Z ludzi.
- Jak masło? Smalec? – dopytał ktoś inny. – Albo mydło.
Wychyliłam się najmocniej, jak mogłam.
Na głębokości około dwóch metrów nie zobaczyłam jednak ludzkich kształtów ani nic, co przypominałby człowieka. Tylko warstwę jakiejś mazi, biało szarej, miejscami jakby niebieskiej. Z ludzi, z ludzi – słyszałam w głowie. Jak to? Ktoś wrzucił tam umarłych, to zdołałam zrozumieć, ale czy oni zamienili się w coś takiego? Tak po prostu się przemienili?
Nie wiedziałam wtedy, że kości i inne resztki już wyjęto. Dużo później szukałam wiedzy o tym, co dzieje się z ciałem, kiedy człowiek umiera. Rozkład, bakterie, gnicie, mumia. Nic a nic się nie zgadzało. Dopiero w internecie przypadkiem znalazłam odpowiedź. Tłuszczowosk. Powstaje, kiedy ciało znajduje się w wilgotnym miejscu bez dostępu powietrza, często właśnie w studni.
Tych ludzi odkopano po trzydziestu prawie latach. Studnię zasypano wapnem i na nowo zamknięto.

Wtedy, przed laty, wróciliśmy do zabawy. Skradaliśmy się, jedno za drugim, przytuleni do ściany. Serce mi łopotało. Wtedy nagle poczułam uderzenie w plecy – chłopiec idący za mną popchnął mnie mocno, nie zdążyłam się obronić, podeprzeć. Może dlatego, że zupełnie się nie spodziewałam. Uderzyłam głową o duży płaski kamień. szybko podniosłam się na kolana, przyłożyłam ręce do głowy, krew spłynęła mi na oczy. Chłopiec zerwał się i uciekł, razem z nim jeszcze jeden. Do domu miałam kilkadziesiąt metrów, pobiegłam, teraz już umazana krwią i łzami.

Wielki siny guz. Został mi na długo, jeszcze wiele lat później czoło miałam trochę bardziej wypukłe z jednej strony. Zobacz, rogi ci rosną – mówiła mama – a z tej strony większy.
Potem wiedziałam, że to było z jednej strony, ale nie pamiętałam już, z której.
Nadal nie jestem pewna.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Jedno pytanie

Nieustannie rozrzucam pytanie: kochasz mnie? kochasz mnie? kochasz mnie?
We wszystkie strony świata, przemielone, zblendowane, posiekane i rozsiane. W bruzdę ziemi, w trawę, w macicę mojej matki, w gwiezdne wojny, w Bóg zapłać.
Czy ja w ogóle znam jakieś inne słowa?

czwartek, 28 maja 2015

Tylko parę sekund

Kiedyś przyniosłam do domu wróbelka. Pisklę jeszcze, ale już z piórkami. - Zobacz - powiedziałam mamie - mały ptaszek. Chyba wypadł z gniazda.
Rozprostowałam dłoń, a on na niej siedział; czułam jego twarde nóżki i pazurki, które lekko wbijały mi się w skórę.
Wtedy nad moją ręką przeskoczyła kotka, złapała po drodze wróbla i natychmiast odgryzła mu głowę.
To trwało parę sekund - nie zdążyłam nic zrobić.

piątek, 22 maja 2015

Mówi Lisa

- A ten zegar - mówi Lisa - ma tyle lat i chodzi. Każdy by chciał taki zegar.
Chodził od zawsze, jest starszy ode mnie. Od niedawna na nowo wybija godziny. I pólgodziny, te jednym uderzeniem.
- A wiesz, że ja niedługo - mówi Lisa - niedługo...  aż nie chcę mówić...
- Przytul się do mnie - mówię.
Tak, mówię, dobrze pamiętasz, mam dwie córki, dorosłe już, dobrą pracę, wszystko dobrze. Dotykam policzkiem do jej skroni, całuję w czoło, delikatne białe włosy, wdycham niemowlęcy czysty zapach, dotykam ustami.

czwartek, 14 maja 2015

Komm nach Hause

- Nie zapomniałaś czegoś ubrać? - woła sąsiadka. W jej głosie nie ma kpiny, lekka tylko pobłażliwość pomieszana z troską
Mam jakieś cztery lata, jest rano, wybiegłam z domu, podskakuję wśród żywopłotów, po lewej śnieguliczka, po prawej tawuła. Wiatr po nogach; na głos kobiety dotykam rękami bioder i już wiem, włożyłam sukienkę, w kolorowe kropeczki, ale pod spodem nic nie mam. Biegnę do domu, film się urywa.

                      *

- Komnahauze, komnahauze - dzieci przedrzeźniaj moją prababcię. Wykrzywione twarze, wysunięty język. Stoję bez ruchu, jak zamrożona, tyle że jest mi gorąco, w całym ciele. Zamrożone gorąco. Potem nauczę się wyrzucać z siebie odpowiedzi, znajdować jakieś raniące słowa.

- Chodź do domu.
Idę do budy złego psa.
Dlaczego dzieci chowają się w budzie złego psa?

poniedziałek, 11 maja 2015

Ujemność

Wydaje się, że dotarłam do końca. Albo raczej do początku i nie ma już o czym pisać. Można mnożyć sytuacje i słowa, ale będzie w zasadzie o tym samym.
Bo czy można naprawdę zejść niżej, w świat pod dnem, świat liczb ujemnych, które udają, że są coraz większe, a w rzeczywistości coraz bardziej ich nie ma.
Przebić się na wylot.

Mogę jeszcze wypytywać babcię Lisę. Ma 98 lat, ale dobrze pamięta. Ach, daj spokój to było tak dawno, nie wiem już.
Ale powiedz mi.
Jaki miał głos, o czym ci opowiadał. Jakie były w dotyku jego jasne włosy, jaki wyraz oczu.
A jak się uśmiechał, robiły mu się dołeczki, jak mi?

Co słychać w miejscu, gdzie straszy ciemność?
Ciemność pokrewna mi i bliska.








Jedyne zdjęcie dziadka F.

niedziela, 10 maja 2015

Sam środek dzikiego lasu

A jak już będzie najgorzej, to ucieknę do dzikiego lasu, do samego środka wielkiego lasu i nikt mnie nigdy nie znajdzie. Między zwalonymi pniami dębów wykopię sobie norę i będę w niej mieszkać. Zwierzęta nic mi nie zrobią, bo nie będzie po mnie widać, że byłam dziewczyną. Stanę się podobna do wszystkiego dookoła, nawet do kory drzew i strumienia pod gałęziami.
- Gdzie ty, Anka, wędrujesz, co?..... Impresjonizm w sonetach Kasprowicza, taki temat dzisiaj zapiszcie.

piątek, 8 maja 2015

Trumna

O tym, że prababcia nie żyje, powiedział mi tato, gdy tylko się obudziłam.
Miałam dziewięć lat, rzecz odbyła się w nocy na łóżku obok.
Pamiętam dokładnie słowa taty, nie przypominam sobie jednak żadnych moich uczuć z tego dnia.

Ciało babci leżało w domu.
W dniu pogrzebu mama zatrzymała mnie na chwilę w kuchni.
- W pokoju są już goście - powiedziała. - Wejdź tam, tylko pamiętaj, nie zacznij zachwycać się trumną, proszę cię!

A więc to tak.

czwartek, 7 maja 2015

Którędy

Gdybym policzyła te wszystkie miejsca i chwile, w których zawiodłam, w których nie zrobiłam, nie wiedziałam, nie policzyłam, nie doliczyłam, nie doszłam, nie otworzyłam, nie zamknęłam - powstałaby z tego cała ziemia zawiedzionych pól.
Czasem myślę, że już nie mam którędy chodzić.

środa, 6 maja 2015

Było inaczej c. d.

A może chodzi o powrót do łona. Może tak być.
Że muszę nabrać prawdziwego, ludzkiego ciała, które wie, że ma prawo się urodzić.
Moja mama była w ciąży, gdy brała ślub i wprowadzała się do domu teściowej, słysząc: tylko od razu nie dziecko! Wyszła z trudnego domu, weszła do obcego miejsca, które musiała oswoić. Piękna jak marzenie, delikatna jak obłoczek z pragnień, tęsknot i lęków.
Jej łono nie zdoła mnie zatrzymać i wykarmić.
Przelecę na drugą stronę, odwrotną stronę czasu, odwróconą wieczność albo wieczną odwrotność, a może po prostu odwrócone wieczko.
A jak się nieskończoność w kosmosie wyczerpie, to może nie upadnę zbyt twardo, może na dnie zostało trochę suchej trawy, wyparzonych fusów po herbacie.

wtorek, 5 maja 2015

Było inaczej

Moje najlepsze, najcieplejsze wspomnienie z dzieciństwa to kury, które mościły sobie dołki w gorącym piasku, a potem w nich spały, czasem przytulone jedna do drugiej. Chciałam wtedy wymościć sobie takie samo ciepłe zagłębienie, zwinąć się w nim w kłębek, na słońcu, i zamknąć oczy.
Potem, w liceum, na lekcji polskiego miałam w oknach widok budynku po drugiej stronie ulicy. Wyobrażałam sobie, że wysoko pod dachem jedna cegła jest dziurawa i mam w niej małe mieszkanko. Sama też jestem maleńka, mam pewnie parę milimetrów, a w mojej małej niszy stoi schowane we wnęce małe łóżeczko. Nikt nie mógłby nawet podejrzewać, że tam jestem, że leżę wtulona w koc. Ukrywałam się podwójnie, a nawet potrójnie. Nie dość, że w ceglanej dziupli, to jeszcze we wnęcę, a dodatkowo przecież mogło się wydawać, że siedzę w szkolnej ławce, choć było zupełnie inaczej.

poniedziałek, 4 maja 2015

O chorobie

W dzieciństwie, kiedy byłam chora, często robiło mi się zapalenie spojówek. Budziłam się wtedy w środku nocy z zaklejonymi powiekami, których nie mogłam otworzyć. Wołałam wtedy mamę, a ona gotowała wywar z rumianku, studziła go i przemywała mi nim oczy. Dopiero wtedy mogłam powoli próbować je otworzyć, najpierw odrobinę, szparkę, przez którą zaczynałam dostrzegać światło lampki. Nauczyłam się w końcu, że nie zostaję na zawsze uwięziona w ciemności, i nie szarpałam się już.
Czasem przy chorobie przychodził felczer, który postanawiał, ze trzeba mi zrobić zastrzyk - pamiętam jak dziś, że wielorazowa strzykawka gotowała się na gazie, a ja, u mamy na rękach, kołysana rytmicznie, trzymałam ją mocno za szyję i krzyczałam do zdarcia gardła, do utraty tchu i sił.
A kiedyś pojechałyśmy do przychodni w mieście powiatowym, które potem przestało być powiatem, a jeszcze później znowu zaczęło. Tam lekarka postanowiła dać mi antybiotyk, ale poprzedzony próbą uczuleniową. Narysowała mi na przedramieniu tabelkę z trzema okienkami i trzy razy wstrzyknęła coraz większą dawkę lekarstwa. Miałam pewnie sześć lub siedem lat i jakoś to przetrwałam, ale w drodze do domu zaczęłam się zastanawiać, co powie babcia na moją porysowaną rękę.
- Będzie mówić: oj ty biedna - poskarżyłam się mamie. - A ja nie jestem biedna, ani trochę.
- Jak zacznie, to powiedz jej....
Tak, mama pomogła mi wymyślić odpowiedni tekst zniechęcający do współczucia.
Czułam wtedy potworny, fizyczny wręcz ból na myśl o wsparciu, którego można by mi udzielić. Mdłości, skręcanie, rozpadanie się tkanek. Uciec, zrobić komuś przykrość, wykrzyczeć, że nie potrzebuję, jestem silna, mocna, nienawidzę was wszystkich, nienawidzę.
Czego właściwie nienawidziłam?
Nie wiem.
Czegoś, co ciągle tkwi schowane w ciemności?

Teraz, gdy to piszę, z wysoką temperaturą, łzawiącymi oczami, bólem w kościach, krzyczę w środku siebie i właściwie nie wiem, czego chcę.

niedziela, 3 maja 2015

...

Rozległa dolina pełna gęstej mgły. Nie wiem jeszcze, jak w niej oddychać.
Jak małe wysepki wyłaniają się obrazy i zdarzenia.
Na ogół te których powinnam się wstydzić albo żałować.
Już mając trzy, cztery, pięć lat.
Mała niedobra Ania.

sobota, 2 maja 2015

Odejście c.d.

Właściwie problemy zaczęły się wcześniej.
Jako małe dziecko dużo rozmawiałam z tatą, który uczył mnie wielu rzeczy. Wtedy tego nie widziałam, ale prawdopodobnie musiałam robić wrażenie "małej dorosłej". W naszej dużej rodzinie złożonej z licznych kuzynów i kuzynek byłam jedną z najmłodszych, ale zawsze miałam coś do powiedzenia.
Wiem, jak to musiało wyglądać, wiem.
Śmiesznie.
Wkrótce wokół mnie wytworzyła się atmosfera...  politowania, pobłażliwej wyrozumiałości dla małej Ani. Z nutą pogardy? Nie mogę tego zweryfikować.
Może to nawet nieprawda. Może to były pojedyncze chwile, zapamiętane słowa i gesty.
Wiem, że teraz też może to wydawać się śmieszne. Ale wtedy postanowiłam, że odejdę stamtąd.

Chyba mi się nie udało.

Odejście

Koszmar zaczął się, gdy miałam dwanaście lat.
Nie wiem, czym zawiniłam - byłam koleżeńska, dbałam o siebie, jak to wczesna nastolatka.
A jednak większość klasy na mój widok odwracała się, robiąc minę pełną obrzydzenia, nie odpowiadała na moje słowa. Było paru outsiderów, którzy wyłamali się z tego, co jakoś pozwalało mi żyć.

Szukałam w sobie winy.
To mogło być coś drobnego, czego nie zdołałam zauważyć.
Jako córka nauczycielki i najlepsza uczennica w szkole - może kiedyś powiedziałam coś, co ich do mnie zraziło?
A może po prostu okazałam słabość.

Kiedyś, zdesperowana, płacząc, zapytałam - dlaczego.
- To przecież takie żarty - usłyszałam w odpowiedzi.

Powoli, systematycznie, kształtował się w mojej głowie plan odejścia.
W liceum mieli być inni ludzie, którzy nie mogli zobaczyć, jaka w rzeczywistości jestem żałosna.

I nie zobaczyli.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Bazyl

Po drugiej stronie bywa ciemno.
Tak jak wtedy, kiedy się bałam.
Bałam się traktorka zwanego "budi-budi". Bałam się odgłosu lampy do opalania zabitych świń. Bałam się, kiedy piorun i grzmot występowały jednocześnie, bo wtedy świat rozpadał się z trzaskiem.
Oraz pijanych ludzi.
Na przykład Bazyla.
Bazyl naprawdę nazywał się Wiktor i miał straszną twarz zniszczoną od denaturatu. Czasem wtaczał się ludziom do mieszkania, by w szafkach i kredensach szukać wódki, wina lub choćby wody po goleniu. Czegokolwiek, co zawierało alkohol. Trzaskały meble, brzęczały szyby.
Raz byłyśmy z babcią same; zamknęłyśmy się w pokoju, drżąc ze strachu, a on tłukł się w kuchni, porykując jak ciężkie, zranione zwierzę.

- Bo Bazyl przyjdzie! - tak matki straszyły niegrzeczne dzieci.

Tak bardzo, bardzo mi go żal.

środa, 29 kwietnia 2015

Ogród c.d.

Gdy zobaczyłyśmy, że ktoś się zbliża, uciekłyśmy. Prosto przed siebie, przez pola, aby dalej.
Nie pamiętam, kto nas znalazł.
Mama wyszła z lekcji i na szkolnym korytarzu zdjęła pasek, cienki rzemyk wpleciony w skórzane płaskie kółeczka.

- Jeden, jedyny raz - mówiła po wielu latach. - I to przecież nie dlatego, że bawiłyście się w lekarza, ale ze strachu. Tak się bałam, że coś się stało, poszłyście aż nad stawy!

Nie martw się.
Układam klocek na klocku, słowo na słowie.
Siedzę na piasku, stopy mam bose.
Ramionami obejmuję kolana nagrzane słońcem.

Ogród

Nadal mamy po pięć lat.
- Ja będę mogła się z ciebie śmiać, a ty ze mnie nie - zastrzega Małgosia.
- Dobrze - zgadzam się z zupełnym spokojem. Niosę pod pachą koc, idziemy wąską ścieżką w stronę ogrodu. Patrzę w dal.
Koc jest mój, ścieżka jest moja.
I ogród jest mój.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Maks nie jest głupi

- Maks gryzie - mówi Małgosia.

Jest moją najlepszą przyjaciółką. Prześliczna: niebieskie oczy i blond loki.
Mamy po pięć lat.

- Ale może... - wystawiam nieśmiało rękę - dam mu kawałek bułki.
- On nie jest taki głupi. - spokojnie odpowiada Małgosia. - Bułkę weźmie, a ciebie i tak ugryzie.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

W żywe oczy

W pewne rzeczy nie mogę uwierzyć, choć wiem, że się zdarzyły.
Tak jak wtedy, gdy po raz kolejny spóźniłam się, wracając z podwórka, i mama w końcu zamknęła drzwi na klucz. Groziła, że kiedyś tak zrobi.
Uderzałam rękami w drzwi i krzyczałam - Otwórz!
Łzy wściekłości i upokorzenia płynęły mi po twarzy.

- Słyszałam - powiedziała mi parę dni później koleżanka. - Płakałaś i waliłaś w drzwi.
- Nieprawda! - krzyknęłam - Kłamiesz! Przyśniło ci się chyba.

W żywe oczy. Można zaklinać rzeczywistość. Wzruszyć ramionami. Odejść.

sobota, 25 kwietnia 2015

Powietrze

Tego dnia huśtałam się na trzepaku, Byłam w tym bardzo dobra - potrafiłam zrobić przewrót w przód na górnej żerdzi zakończony siadem na dolnej i od razu przejść w przewrót siadem w przód. Cała operacja trwała ze trzy sekundy, świat migał w oczach i nie chciało się myśleć, co by się stało, gdyby.

Tamten dzień u dziadków w Bartoszycach. Miałam dziewięć lub dziesięć lat.
Nie lubiłam Bartoszyc. Zawsze wydawało mi się w tym małym sennym miasteczku, że i ja śnię - jakiś niedobry sen, w dodatku nie mój.
Koło trzepaka stały dziewczyny, zaczęłyśmy rozmawiać, łapać się metalowych rurek.
- Rozbujaj mnie - poprosiłam, chwytając górną żerdź w części wystającej poza podpory.
Koleżanka popychająca mnie rytmicznie straciła umiar, a ja poczułam szum w uszach.
Aż dłonie nie wytrzymały.
W zupełnej ciszy upadłam na plecy. Moje płuca zamknęły się w skurczu.
Z szeroko otwartymi oczami - umierałam.

Gdy usłyszałam głos starszej ode mnie ciotecznej siostry, ostatkiem sił podniosłam się i chwyciłam ją za ramiona. Zaraz potem osunęłam się na kolana.
I wtedy właśnie poczułam ten wąski, świszczący strumyk powietrza we mnie.

Nie lubię Bartoszyc, ale to nie zaczęło się wtedy.
Coś stało się wcześniej.
Jeszcze nie wiem, co.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Co z tego

Niby tyle wiem, a tak mało rozumiem.
Zagęszczenie rzeczywistości powoduje, że się rozrzedzam, a moja skóra robi się nieszczelna.
Wchodzą przez nią nieznajomi ludzie, rozpychają się w moich żyłach, przesiadują w żołądku, zasypiają w uchu środkowym.
Potem okazuje się, że to zawsze byłam ja, ale co z tego, skoro mówiłam obcymi językami.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Mówi, mówię, mówisz

- Nie oddzieliłaś się ode mnie - mówi Starsza. - Nawet imię dałaś mi swoje.
- Tak, wiem. Nawet drugie imię tylko udaje, że nie jest moje.

Moja mama też ma na imię Anna.
Kiedy pyta przez telefon "Aniu, lekarz przepisał tacie antybiotyk, czy ja mam mu go dać", nie wiem, kim jestem. Tata jest dorosły, niech zdecyduje sam, bez korowodu pośredników.

Urodzić się.
Urodzić kogoś.
Poznać,
gdzie ja się kończę, gdzie ty zaczynasz.

środa, 15 kwietnia 2015

Lord Jim

Lord Jim to jeden z moich ulubionych bohaterów. Zapewne dlatego, że wyczuwam w nas podobieństwo: sny bohaterskie połączone z instynktem małego tchórza.
W marzeniach przed snem ratowałam świat, choć raczej nie cały, ale zasłaniałam własną piersią, oddawałam pół wątroby, ewentualnie nawet życie. Ale gdyby, gdyby....  kto wie, skończyłoby się może skomleniem.
Ale tak naprawdę to nie wiem - bo nie sprawdziłam.
- Dlaczego myślisz o takich rzeczach?
- Bo wiesz, dla przeciwwagi. Wyobrażam sobie, że moje życie ma sens.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Nagość w tańcu

Anh yeu em to po wietnamsku kocham cię.
Nauczyłam się dwóch zdań, dwadzieścia osiem lat temu.
- Masz miękki głos - mówił. - Możesz dobrze mówić w wielu językach.
Ti Shi to imię i znaczy Poeta.
- Tego dnia, gdy się pojawiłaś - dodał - naprawiłem go. Wiem, to tylko długopis, ale bardzo go lubię. To dobry znak.
Dużo rozmawiamy.
Któregoś dnia zapada noc.
- Będziesz spała w ubraniu? - pyta.
Tak. Możesz mi położyć rękę na ramieniu, Ti Shi.
Nie rozbiorę się.

Myślę o tym w czasie spektaklu Duety nieistniejące teatru Dada, dziś, w CSW.
Nie wiem, czemu.

Hello, I love You

Piję rzadko.
Wczoraj po to, by uspokoić radosne rozedrganie związane z książką.
Oraz by przetrawić razem z winem wrażenie, że narzucam się i jestem żałosna w kontaktach z ludźmi.
Zwłaszcza z tymi, na których najbardziej mi zależy.
Świat układa się w wyraźny sensowny wzór.
Podkreślany rytmem piosenki Hello, I love You Doorsów.

- Jak tak siedzisz, to wiedz o tym - stanął w drzwiach mąż - że wszystko, co sobie teraz układasz, jutro uleci, ot tak!  - dodał stosowny gest.
- Tak? - pytam. - To dlaczego codziennie pijesz te piwa?
- Żeby nie myśleć.
- A ja wprost przeciwnie. Wprost przeciwnie!!!