czwartek, 30 kwietnia 2015

Bazyl

Po drugiej stronie bywa ciemno.
Tak jak wtedy, kiedy się bałam.
Bałam się traktorka zwanego "budi-budi". Bałam się odgłosu lampy do opalania zabitych świń. Bałam się, kiedy piorun i grzmot występowały jednocześnie, bo wtedy świat rozpadał się z trzaskiem.
Oraz pijanych ludzi.
Na przykład Bazyla.
Bazyl naprawdę nazywał się Wiktor i miał straszną twarz zniszczoną od denaturatu. Czasem wtaczał się ludziom do mieszkania, by w szafkach i kredensach szukać wódki, wina lub choćby wody po goleniu. Czegokolwiek, co zawierało alkohol. Trzaskały meble, brzęczały szyby.
Raz byłyśmy z babcią same; zamknęłyśmy się w pokoju, drżąc ze strachu, a on tłukł się w kuchni, porykując jak ciężkie, zranione zwierzę.

- Bo Bazyl przyjdzie! - tak matki straszyły niegrzeczne dzieci.

Tak bardzo, bardzo mi go żal.

środa, 29 kwietnia 2015

Ogród c.d.

Gdy zobaczyłyśmy, że ktoś się zbliża, uciekłyśmy. Prosto przed siebie, przez pola, aby dalej.
Nie pamiętam, kto nas znalazł.
Mama wyszła z lekcji i na szkolnym korytarzu zdjęła pasek, cienki rzemyk wpleciony w skórzane płaskie kółeczka.

- Jeden, jedyny raz - mówiła po wielu latach. - I to przecież nie dlatego, że bawiłyście się w lekarza, ale ze strachu. Tak się bałam, że coś się stało, poszłyście aż nad stawy!

Nie martw się.
Układam klocek na klocku, słowo na słowie.
Siedzę na piasku, stopy mam bose.
Ramionami obejmuję kolana nagrzane słońcem.

Ogród

Nadal mamy po pięć lat.
- Ja będę mogła się z ciebie śmiać, a ty ze mnie nie - zastrzega Małgosia.
- Dobrze - zgadzam się z zupełnym spokojem. Niosę pod pachą koc, idziemy wąską ścieżką w stronę ogrodu. Patrzę w dal.
Koc jest mój, ścieżka jest moja.
I ogród jest mój.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Maks nie jest głupi

- Maks gryzie - mówi Małgosia.

Jest moją najlepszą przyjaciółką. Prześliczna: niebieskie oczy i blond loki.
Mamy po pięć lat.

- Ale może... - wystawiam nieśmiało rękę - dam mu kawałek bułki.
- On nie jest taki głupi. - spokojnie odpowiada Małgosia. - Bułkę weźmie, a ciebie i tak ugryzie.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

W żywe oczy

W pewne rzeczy nie mogę uwierzyć, choć wiem, że się zdarzyły.
Tak jak wtedy, gdy po raz kolejny spóźniłam się, wracając z podwórka, i mama w końcu zamknęła drzwi na klucz. Groziła, że kiedyś tak zrobi.
Uderzałam rękami w drzwi i krzyczałam - Otwórz!
Łzy wściekłości i upokorzenia płynęły mi po twarzy.

- Słyszałam - powiedziała mi parę dni później koleżanka. - Płakałaś i waliłaś w drzwi.
- Nieprawda! - krzyknęłam - Kłamiesz! Przyśniło ci się chyba.

W żywe oczy. Można zaklinać rzeczywistość. Wzruszyć ramionami. Odejść.

sobota, 25 kwietnia 2015

Powietrze

Tego dnia huśtałam się na trzepaku, Byłam w tym bardzo dobra - potrafiłam zrobić przewrót w przód na górnej żerdzi zakończony siadem na dolnej i od razu przejść w przewrót siadem w przód. Cała operacja trwała ze trzy sekundy, świat migał w oczach i nie chciało się myśleć, co by się stało, gdyby.

Tamten dzień u dziadków w Bartoszycach. Miałam dziewięć lub dziesięć lat.
Nie lubiłam Bartoszyc. Zawsze wydawało mi się w tym małym sennym miasteczku, że i ja śnię - jakiś niedobry sen, w dodatku nie mój.
Koło trzepaka stały dziewczyny, zaczęłyśmy rozmawiać, łapać się metalowych rurek.
- Rozbujaj mnie - poprosiłam, chwytając górną żerdź w części wystającej poza podpory.
Koleżanka popychająca mnie rytmicznie straciła umiar, a ja poczułam szum w uszach.
Aż dłonie nie wytrzymały.
W zupełnej ciszy upadłam na plecy. Moje płuca zamknęły się w skurczu.
Z szeroko otwartymi oczami - umierałam.

Gdy usłyszałam głos starszej ode mnie ciotecznej siostry, ostatkiem sił podniosłam się i chwyciłam ją za ramiona. Zaraz potem osunęłam się na kolana.
I wtedy właśnie poczułam ten wąski, świszczący strumyk powietrza we mnie.

Nie lubię Bartoszyc, ale to nie zaczęło się wtedy.
Coś stało się wcześniej.
Jeszcze nie wiem, co.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Co z tego

Niby tyle wiem, a tak mało rozumiem.
Zagęszczenie rzeczywistości powoduje, że się rozrzedzam, a moja skóra robi się nieszczelna.
Wchodzą przez nią nieznajomi ludzie, rozpychają się w moich żyłach, przesiadują w żołądku, zasypiają w uchu środkowym.
Potem okazuje się, że to zawsze byłam ja, ale co z tego, skoro mówiłam obcymi językami.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Mówi, mówię, mówisz

- Nie oddzieliłaś się ode mnie - mówi Starsza. - Nawet imię dałaś mi swoje.
- Tak, wiem. Nawet drugie imię tylko udaje, że nie jest moje.

Moja mama też ma na imię Anna.
Kiedy pyta przez telefon "Aniu, lekarz przepisał tacie antybiotyk, czy ja mam mu go dać", nie wiem, kim jestem. Tata jest dorosły, niech zdecyduje sam, bez korowodu pośredników.

Urodzić się.
Urodzić kogoś.
Poznać,
gdzie ja się kończę, gdzie ty zaczynasz.

środa, 15 kwietnia 2015

Lord Jim

Lord Jim to jeden z moich ulubionych bohaterów. Zapewne dlatego, że wyczuwam w nas podobieństwo: sny bohaterskie połączone z instynktem małego tchórza.
W marzeniach przed snem ratowałam świat, choć raczej nie cały, ale zasłaniałam własną piersią, oddawałam pół wątroby, ewentualnie nawet życie. Ale gdyby, gdyby....  kto wie, skończyłoby się może skomleniem.
Ale tak naprawdę to nie wiem - bo nie sprawdziłam.
- Dlaczego myślisz o takich rzeczach?
- Bo wiesz, dla przeciwwagi. Wyobrażam sobie, że moje życie ma sens.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Nagość w tańcu

Anh yeu em to po wietnamsku kocham cię.
Nauczyłam się dwóch zdań, dwadzieścia osiem lat temu.
- Masz miękki głos - mówił. - Możesz dobrze mówić w wielu językach.
Ti Shi to imię i znaczy Poeta.
- Tego dnia, gdy się pojawiłaś - dodał - naprawiłem go. Wiem, to tylko długopis, ale bardzo go lubię. To dobry znak.
Dużo rozmawiamy.
Któregoś dnia zapada noc.
- Będziesz spała w ubraniu? - pyta.
Tak. Możesz mi położyć rękę na ramieniu, Ti Shi.
Nie rozbiorę się.

Myślę o tym w czasie spektaklu Duety nieistniejące teatru Dada, dziś, w CSW.
Nie wiem, czemu.

Hello, I love You

Piję rzadko.
Wczoraj po to, by uspokoić radosne rozedrganie związane z książką.
Oraz by przetrawić razem z winem wrażenie, że narzucam się i jestem żałosna w kontaktach z ludźmi.
Zwłaszcza z tymi, na których najbardziej mi zależy.
Świat układa się w wyraźny sensowny wzór.
Podkreślany rytmem piosenki Hello, I love You Doorsów.

- Jak tak siedzisz, to wiedz o tym - stanął w drzwiach mąż - że wszystko, co sobie teraz układasz, jutro uleci, ot tak!  - dodał stosowny gest.
- Tak? - pytam. - To dlaczego codziennie pijesz te piwa?
- Żeby nie myśleć.
- A ja wprost przeciwnie. Wprost przeciwnie!!!