czwartek, 28 maja 2015

Tylko parę sekund

Kiedyś przyniosłam do domu wróbelka. Pisklę jeszcze, ale już z piórkami. - Zobacz - powiedziałam mamie - mały ptaszek. Chyba wypadł z gniazda.
Rozprostowałam dłoń, a on na niej siedział; czułam jego twarde nóżki i pazurki, które lekko wbijały mi się w skórę.
Wtedy nad moją ręką przeskoczyła kotka, złapała po drodze wróbla i natychmiast odgryzła mu głowę.
To trwało parę sekund - nie zdążyłam nic zrobić.

piątek, 22 maja 2015

Mówi Lisa

- A ten zegar - mówi Lisa - ma tyle lat i chodzi. Każdy by chciał taki zegar.
Chodził od zawsze, jest starszy ode mnie. Od niedawna na nowo wybija godziny. I pólgodziny, te jednym uderzeniem.
- A wiesz, że ja niedługo - mówi Lisa - niedługo...  aż nie chcę mówić...
- Przytul się do mnie - mówię.
Tak, mówię, dobrze pamiętasz, mam dwie córki, dorosłe już, dobrą pracę, wszystko dobrze. Dotykam policzkiem do jej skroni, całuję w czoło, delikatne białe włosy, wdycham niemowlęcy czysty zapach, dotykam ustami.

czwartek, 14 maja 2015

Komm nach Hause

- Nie zapomniałaś czegoś ubrać? - woła sąsiadka. W jej głosie nie ma kpiny, lekka tylko pobłażliwość pomieszana z troską
Mam jakieś cztery lata, jest rano, wybiegłam z domu, podskakuję wśród żywopłotów, po lewej śnieguliczka, po prawej tawuła. Wiatr po nogach; na głos kobiety dotykam rękami bioder i już wiem, włożyłam sukienkę, w kolorowe kropeczki, ale pod spodem nic nie mam. Biegnę do domu, film się urywa.

                      *

- Komnahauze, komnahauze - dzieci przedrzeźniaj moją prababcię. Wykrzywione twarze, wysunięty język. Stoję bez ruchu, jak zamrożona, tyle że jest mi gorąco, w całym ciele. Zamrożone gorąco. Potem nauczę się wyrzucać z siebie odpowiedzi, znajdować jakieś raniące słowa.

- Chodź do domu.
Idę do budy złego psa.
Dlaczego dzieci chowają się w budzie złego psa?

poniedziałek, 11 maja 2015

Ujemność

Wydaje się, że dotarłam do końca. Albo raczej do początku i nie ma już o czym pisać. Można mnożyć sytuacje i słowa, ale będzie w zasadzie o tym samym.
Bo czy można naprawdę zejść niżej, w świat pod dnem, świat liczb ujemnych, które udają, że są coraz większe, a w rzeczywistości coraz bardziej ich nie ma.
Przebić się na wylot.

Mogę jeszcze wypytywać babcię Lisę. Ma 98 lat, ale dobrze pamięta. Ach, daj spokój to było tak dawno, nie wiem już.
Ale powiedz mi.
Jaki miał głos, o czym ci opowiadał. Jakie były w dotyku jego jasne włosy, jaki wyraz oczu.
A jak się uśmiechał, robiły mu się dołeczki, jak mi?

Co słychać w miejscu, gdzie straszy ciemność?
Ciemność pokrewna mi i bliska.








Jedyne zdjęcie dziadka F.

niedziela, 10 maja 2015

Sam środek dzikiego lasu

A jak już będzie najgorzej, to ucieknę do dzikiego lasu, do samego środka wielkiego lasu i nikt mnie nigdy nie znajdzie. Między zwalonymi pniami dębów wykopię sobie norę i będę w niej mieszkać. Zwierzęta nic mi nie zrobią, bo nie będzie po mnie widać, że byłam dziewczyną. Stanę się podobna do wszystkiego dookoła, nawet do kory drzew i strumienia pod gałęziami.
- Gdzie ty, Anka, wędrujesz, co?..... Impresjonizm w sonetach Kasprowicza, taki temat dzisiaj zapiszcie.

piątek, 8 maja 2015

Trumna

O tym, że prababcia nie żyje, powiedział mi tato, gdy tylko się obudziłam.
Miałam dziewięć lat, rzecz odbyła się w nocy na łóżku obok.
Pamiętam dokładnie słowa taty, nie przypominam sobie jednak żadnych moich uczuć z tego dnia.

Ciało babci leżało w domu.
W dniu pogrzebu mama zatrzymała mnie na chwilę w kuchni.
- W pokoju są już goście - powiedziała. - Wejdź tam, tylko pamiętaj, nie zacznij zachwycać się trumną, proszę cię!

A więc to tak.

czwartek, 7 maja 2015

Którędy

Gdybym policzyła te wszystkie miejsca i chwile, w których zawiodłam, w których nie zrobiłam, nie wiedziałam, nie policzyłam, nie doliczyłam, nie doszłam, nie otworzyłam, nie zamknęłam - powstałaby z tego cała ziemia zawiedzionych pól.
Czasem myślę, że już nie mam którędy chodzić.

środa, 6 maja 2015

Było inaczej c. d.

A może chodzi o powrót do łona. Może tak być.
Że muszę nabrać prawdziwego, ludzkiego ciała, które wie, że ma prawo się urodzić.
Moja mama była w ciąży, gdy brała ślub i wprowadzała się do domu teściowej, słysząc: tylko od razu nie dziecko! Wyszła z trudnego domu, weszła do obcego miejsca, które musiała oswoić. Piękna jak marzenie, delikatna jak obłoczek z pragnień, tęsknot i lęków.
Jej łono nie zdoła mnie zatrzymać i wykarmić.
Przelecę na drugą stronę, odwrotną stronę czasu, odwróconą wieczność albo wieczną odwrotność, a może po prostu odwrócone wieczko.
A jak się nieskończoność w kosmosie wyczerpie, to może nie upadnę zbyt twardo, może na dnie zostało trochę suchej trawy, wyparzonych fusów po herbacie.

wtorek, 5 maja 2015

Było inaczej

Moje najlepsze, najcieplejsze wspomnienie z dzieciństwa to kury, które mościły sobie dołki w gorącym piasku, a potem w nich spały, czasem przytulone jedna do drugiej. Chciałam wtedy wymościć sobie takie samo ciepłe zagłębienie, zwinąć się w nim w kłębek, na słońcu, i zamknąć oczy.
Potem, w liceum, na lekcji polskiego miałam w oknach widok budynku po drugiej stronie ulicy. Wyobrażałam sobie, że wysoko pod dachem jedna cegła jest dziurawa i mam w niej małe mieszkanko. Sama też jestem maleńka, mam pewnie parę milimetrów, a w mojej małej niszy stoi schowane we wnęce małe łóżeczko. Nikt nie mógłby nawet podejrzewać, że tam jestem, że leżę wtulona w koc. Ukrywałam się podwójnie, a nawet potrójnie. Nie dość, że w ceglanej dziupli, to jeszcze we wnęcę, a dodatkowo przecież mogło się wydawać, że siedzę w szkolnej ławce, choć było zupełnie inaczej.

poniedziałek, 4 maja 2015

O chorobie

W dzieciństwie, kiedy byłam chora, często robiło mi się zapalenie spojówek. Budziłam się wtedy w środku nocy z zaklejonymi powiekami, których nie mogłam otworzyć. Wołałam wtedy mamę, a ona gotowała wywar z rumianku, studziła go i przemywała mi nim oczy. Dopiero wtedy mogłam powoli próbować je otworzyć, najpierw odrobinę, szparkę, przez którą zaczynałam dostrzegać światło lampki. Nauczyłam się w końcu, że nie zostaję na zawsze uwięziona w ciemności, i nie szarpałam się już.
Czasem przy chorobie przychodził felczer, który postanawiał, ze trzeba mi zrobić zastrzyk - pamiętam jak dziś, że wielorazowa strzykawka gotowała się na gazie, a ja, u mamy na rękach, kołysana rytmicznie, trzymałam ją mocno za szyję i krzyczałam do zdarcia gardła, do utraty tchu i sił.
A kiedyś pojechałyśmy do przychodni w mieście powiatowym, które potem przestało być powiatem, a jeszcze później znowu zaczęło. Tam lekarka postanowiła dać mi antybiotyk, ale poprzedzony próbą uczuleniową. Narysowała mi na przedramieniu tabelkę z trzema okienkami i trzy razy wstrzyknęła coraz większą dawkę lekarstwa. Miałam pewnie sześć lub siedem lat i jakoś to przetrwałam, ale w drodze do domu zaczęłam się zastanawiać, co powie babcia na moją porysowaną rękę.
- Będzie mówić: oj ty biedna - poskarżyłam się mamie. - A ja nie jestem biedna, ani trochę.
- Jak zacznie, to powiedz jej....
Tak, mama pomogła mi wymyślić odpowiedni tekst zniechęcający do współczucia.
Czułam wtedy potworny, fizyczny wręcz ból na myśl o wsparciu, którego można by mi udzielić. Mdłości, skręcanie, rozpadanie się tkanek. Uciec, zrobić komuś przykrość, wykrzyczeć, że nie potrzebuję, jestem silna, mocna, nienawidzę was wszystkich, nienawidzę.
Czego właściwie nienawidziłam?
Nie wiem.
Czegoś, co ciągle tkwi schowane w ciemności?

Teraz, gdy to piszę, z wysoką temperaturą, łzawiącymi oczami, bólem w kościach, krzyczę w środku siebie i właściwie nie wiem, czego chcę.

niedziela, 3 maja 2015

...

Rozległa dolina pełna gęstej mgły. Nie wiem jeszcze, jak w niej oddychać.
Jak małe wysepki wyłaniają się obrazy i zdarzenia.
Na ogół te których powinnam się wstydzić albo żałować.
Już mając trzy, cztery, pięć lat.
Mała niedobra Ania.

sobota, 2 maja 2015

Odejście c.d.

Właściwie problemy zaczęły się wcześniej.
Jako małe dziecko dużo rozmawiałam z tatą, który uczył mnie wielu rzeczy. Wtedy tego nie widziałam, ale prawdopodobnie musiałam robić wrażenie "małej dorosłej". W naszej dużej rodzinie złożonej z licznych kuzynów i kuzynek byłam jedną z najmłodszych, ale zawsze miałam coś do powiedzenia.
Wiem, jak to musiało wyglądać, wiem.
Śmiesznie.
Wkrótce wokół mnie wytworzyła się atmosfera...  politowania, pobłażliwej wyrozumiałości dla małej Ani. Z nutą pogardy? Nie mogę tego zweryfikować.
Może to nawet nieprawda. Może to były pojedyncze chwile, zapamiętane słowa i gesty.
Wiem, że teraz też może to wydawać się śmieszne. Ale wtedy postanowiłam, że odejdę stamtąd.

Chyba mi się nie udało.

Odejście

Koszmar zaczął się, gdy miałam dwanaście lat.
Nie wiem, czym zawiniłam - byłam koleżeńska, dbałam o siebie, jak to wczesna nastolatka.
A jednak większość klasy na mój widok odwracała się, robiąc minę pełną obrzydzenia, nie odpowiadała na moje słowa. Było paru outsiderów, którzy wyłamali się z tego, co jakoś pozwalało mi żyć.

Szukałam w sobie winy.
To mogło być coś drobnego, czego nie zdołałam zauważyć.
Jako córka nauczycielki i najlepsza uczennica w szkole - może kiedyś powiedziałam coś, co ich do mnie zraziło?
A może po prostu okazałam słabość.

Kiedyś, zdesperowana, płacząc, zapytałam - dlaczego.
- To przecież takie żarty - usłyszałam w odpowiedzi.

Powoli, systematycznie, kształtował się w mojej głowie plan odejścia.
W liceum mieli być inni ludzie, którzy nie mogli zobaczyć, jaka w rzeczywistości jestem żałosna.

I nie zobaczyli.